Przejdź do treści
Logo Teatru Wybrzeże
  • Festiwal
  • Repertuar
  • Aktualności
  • Zespół
  • O Teatrze
  • Kontakt

NEWSLETTER


Organizator
Mecenas Teatru
Patronat Medialny
BiletyDla mediówInwestycjeKontaktO teatrzePolityka prywatnościProjekty
Teatr onlineSpektakle archiwalneWydarzenia archiwalneWynajemKomunikacjaRegulaminFAQHistoria
Bilety online
Rezerwacje
Spacer wirtualny
Teatr Wybrzeże ul. Św. Ducha 2, 80-834 Gdańsk, tel: 058 301 7021 NIP: 5830007614
© 2023 Teatr WybrzeżeRealizacjaMapa strony

Kiedy dokonujemy jakiegoś wyboru, to coś tracimy. Rozmowa z Eweliną Marciniak
fot. Natalia Kabanow

Kiedy dokonujemy jakiegoś wyboru, to coś tracimy. Rozmowa z Eweliną Marciniak

Opublikowano: 9.10.2026

17 października na Dużej Scenie odbędzie się premiera spektaklu Podwójne życie Weroniki, która będzie częścią Epilogu 13. Wybrzeża Sztuki. Z reżyserką przedstawienia, Eweliną Marciniak, rozmawia Monika Mioduszewska.

Monika Mioduszewska: Tęskniłaś za Gdańskiem?

Ewelina Marciniak: Tak, tęskniłam za Gdańskiem, ale tęskniłam przede wszystkim za ludźmi, za atmosferą, jaka panuje w zespole aktorskim i w całym Teatrze Wybrzeże. Jest to miejsce, o którym można powiedzieć, że wszyscy są bardzo zaangażowani w spektakl. W to, jak on będzie wyglądał, jak będzie obsługiwany i w cały proces. Nie tylko w finał, ale też w to, jak nam się tutaj pracuje.

O czym dla ciebie jest film Krzysztofa Kieślowskiego Podwójne życie Weroniki?

Dla mnie jest to historia o trudnym wyborze pomiędzy sztuką a życiem. O przeczuciu, że kiedy dokonujemy wyboru, to coś tracimy. Mam dużo sentymentu i wspomnienie takiej niesamowitości z oglądania tego filmu, kiedy byłam mała. Ten film we mnie został, również w sferze wizualnej i muzycznej.

Na tyle, że postanowiłaś stworzyć własną wersję tej historii?

Zdecydowałam się do niego wrócić z buntu, ponieważ miałam takie poczucie, że przede wszystkim – nie chcę stawać przed takim wyborem. Chciałabym zadać pytanie, co dalej, kiedy te dwie sfery życia trzeba połączyć. I czy nie jest tak, że w tym momencie, kiedy niesiemy ze sobą bagaż pod tytułem życie osobiste, rodzina, czy nie stajemy się w instytucjonalnym teatrze jakimiś intruzami? Czy nie wdzieramy się w jakiś sposób w tę sztukę wyższą? Zwłaszcza jeśli wchodzimy w świat sztuki nie z artystycznymi konotacjami, tylko jesteśmy tam nowi.

Zadajesz pytanie, czy sztukę powinny tworzyć osoby nieobciążone życiem rodzinnym?

Kieślowski daje taki bardzo jasny komunikat. Jest jedna Weronika, która pozostaje przy życiu dzięki temu, że zrezygnowała ze śpiewania i druga, która umiera śpiewając, bo ten głos dosłownie rozsadza jej serce.

Więc ten bardzo metafizyczny film pozwolił mi zadać dzisiaj pytanie, jak o tym myśleć inaczej i też krytycznie spojrzeć na ten film. Bo on jednak dzieje się w latach dziewięćdziesiątych i widzimy tam jakieś strajki w tle, kiedy te dwie kobiety się zauważają, ale nie mamy całego wątku związanego z tym, że w tym czasie tożsamość kobiet w Polsce zaczęła się stanowić na nowo. Tak jak cały kraj zaczął się stanowić na nowo. I śledzimy takie paradoksy tego stanowienia, jak prawa aborcyjne, czy zastanawiamy się nad tym pędem, jaki był jakiś czas temu w nas, żeby dogonić Zachód. Dzisiaj już chyba tego pędu nie potrzebujemy. Ale długo była w nas taka potrzeba nadgonienia. Myślę, że teraz potrzebujemy spojrzenia z dystansem, co ten kapitalizm nam dał – dał nam możliwość wyboru, ale ukradł nam czas. Więc też przyglądamy się tym zmianom społecznym.

U Kieślowskiego tego wszystkiego nie ma. U was w spektaklu będzie?

No tak, ta część tam nie istnieje. Od Kieślowskiego ukradłam pomysł tych dwóch Weronik, który jest dla mnie bardzo inspirujący. To znaczy ta możliwość wyobrażenia sobie innej wersji siebie, chyba każdego z nas kiedyś spotkała, że myślimy sobie, co by było, gdybym jednak chwilę dłużej została na przykład na tym profilu biologicznym i poszła na medycynę.

Jak by moje życie się potoczyło, gdybym dzisiaj poszła tą drogą.

Jaką Weronikę zobaczymy w spektaklu?

Spotykamy Weronikę przyglądającą się swojemu życiu z dystansu. Przygląda się ona swojej młodości. No i to jest taka główna rama – mamy tę „Weronikę kiedyś” i „Weronikę teraz”.

I ta „Weronika kiedyś” jest z opowieści Kieślowskiego, ale ma tę drugą Weronikę, która w przeciwieństwie do tego, jak jest u Kieślowskiego, gdzie jest to realna postać, która żyje w innym kraju – jest po prostu wytworem jej fantazji.

Więc nasza Weronika jest kimś lepszym, kimś doskonalszym, jakimś głosem, kimś, kto pokazuje jej, że tak - może osiągnąć wszystko, co tylko chce, bo w niej jest ta niezwykła moc. U nas „Weronika kiedyś” pojawia się jako realna postać, która jest młodsza i osiągnęła sukces. Tylko do końca nie wiemy, czy to jest realne spotkanie, czy wytwór fantazji „Weroniki teraz”, która tak naprawdę przypominając sobie siebie z przeszłości, przypomina sobie tę wielką walkę, jaką odbyła o to, żeby zostać gwiazdą, o to, żeby połączyć te dwa światy. Zastanawia się, co teraz się z nią stało, w jakim punkcie jest i sprowadza się to wszystko do takiego momentu, w którym nasza bohaterka chce zakończyć swoje życie. I dlatego w drugiej części opieram się na książce Tove Ditlevsen Pokój Vilhelma.

Do czego potrzebowałaś jej w tej historii?

Tove napisała tę powieść siedem miesięcy przed swoim samobójstwem i zapisała w niej swoje samobójstwo. Więc jest to proza, o której mówimy, że jest autofikcją. Główną bohaterką jest tam pisarka Lise, artystka, która zmaga się z uzależnieniem i bardzo trudną relacją z mężem Vilhelmem. Wydawało mi się, że ta proza – taka ostra, chłodna, jednocześnie bardzo ironiczna i pełna humoru pozwoli mi – nie z takim dystansem jak u Kieślowskiego, ale bardziej psychologicznie zagłębić się i wejść w tę artystkę, która zmaga się z presją oczekiwań, wymagań, jakie ją czekają, kiedy pnie się coraz wyżej. A jednocześnie ta presja, to bycie u szczytu powoduje, że zaczyna sobie radzić z tym w sposób niezdrowy. Uzależnia się od leków i relacji, która ją niszczy. A im bardziej jest niszczona, tym lepiej śpiewa. Tak jak Tove Ditlevsen, która im bardziej była uzależniona od opioidów, tym więcej nagród zdobywała i lepsze książki pisała.

Znów wracamy do tego motywu, że dobry artysta to artysta biedny, z problemami, który musi się zmagać z życiem?

No właśnie chyba walczymy o to, żeby ta Weronika tego nie chciała, żeby z tym walczyła, żeby próbowała się od tego uwolnić i z tym się ona jakoś zmaga. I chyba jest interesująca w tej perspektywie taka obojętność ludzi dookoła, a raczej nawet coś więcej niż obojętność, taka żarłoczność, w której się żeruje na tym, że jej życie osobiste staje się częścią tego, co widzimy na scenie w jej nietuzinkowych interpretacjach.

Myślisz, że to jest trudniejsze być artystką, która ma życie prywatne, rodzinę?

Jest to bardzo wymagające i dlatego też wzięliśmy na warsztat świat opery, ponieważ w tym świecie śpiewaczka operowa po ciąży musi wrócić w bardzo dobrej kondycji ze swoją przeponą, która może się jej przesunąć, może się inaczej ustawić, której ciało determinuje jej funkcjonowanie i losy jej kariery. Wydaje mi się, że to jest taki bardzo skrajny i mocny przykład, jak nasze ciało determinuje to, czy dalej będziemy funkcjonować, czy nie. Mówimy o całym świecie kobiet, w którym staramy się znaleźć ten work-life balance, ale wciąż wydaje mi się, że kobiety ponoszą większe konsekwencje narodzin dzieci niż mężczyźni.

Tym spektaklem wcale nie chcemy pokazać kobiet jako ofiar, a mężczyzn jako oprawców, wręcz przeciwnie – chcemy pokazać, że i kobiety, i mężczyźni wciąż są ofiarami patriarchatu i jak trudno o balans. Kobietom i mężczyznom dzisiaj trudno odnaleźć się w tych nowych rolach, w których oczekuje się od nich czułości, wrażliwości, delikatności, a jednocześnie bycia bezwzględnymi wojownikami. Oczywiście mamy główną bohaterkę, Weronikę, ale po to uciekamy od tego filmu, żeby stworzyć więcej postaci, przymierzyć bardziej współczesne perspektywy i zadać pytanie o nasze funkcjonowanie dzisiaj w świecie i o rolę sztuki i artysty.

Swojemu życiu przygląda się Weronika, która jest dojrzałą kobietą. Często słyszę o tym, że problemy dojrzałej kobiety w przestrzeni sztuki są za rzadko poruszane. Skąd taka decyzja?

Wydaje mi się, że to, co jest kuszące w Tove Ditlevsen i w jej prozie, to jej osobiste doświadczenie, ciężar, jaki ona niesie, przeżywając świat i rzeczywistość, które stara się nazwać, przyszpilić swoimi słowami czy swoim artystycznym wyczuciem.

Mam takie poczucie, że aby móc to złapać i zarazić tym widza, potrzebna jest starsza aktorka. Dorota Kolak wspaniale się przygotowuje do tej roli, bada ją, dotyka, co to znaczy przypominać sobie przeszłość, co to znaczy żyć tą przeszłością, przeżywać. Co to znaczy uwalniać się od teraźniejszości, w której jestem uwikłana tylko w stres i uzależnienie, i sztuka przestaje być już dla mnie pocieszeniem. Przyglądam się mojej przeszłości i widzę, jak sztuka wyniosła mnie z jakiejś mojej małomiasteczkowości. Mówiąc małomiasteczkowości mam na myśli jakiegoś bardzo małego myślenia o sobie, do tego, że ja mogę być kimś więcej, czymś więcej i dodało mi to skrzydeł. I jak potem mnie to zniszczyło. 

Więc ona się temu przygląda i czyni z tego autentyczny proces odchodzenia i uwolnienia się od tego. I tutaj myślę, że nie stawiamy takiej tezy, że jedyną drogą do wolności jest samobójstwo. Bardziej zadajemy pytanie, czy to samobójstwo jest konieczne, czy ono jest niezbędne, czy tak jak mówisz, rzeczywiście prawdziwemu artyście, czy artystce musi towarzyszyć cierpienie, czy nie możemy tego kręgu zamknąć przez empatię i zobaczenie tego z zupełnie innej strony. To, że sztuka nam się kojarzy cały czas z cierpieniem, z uzależnieniami i w ogóle z wielkim zmaganiem się ze sobą, to jest coś, co jakoś przez wieki zostało nam wtłoczone do głowy. Czy zaczynając uprawiać sztukę po prostu nam się takie rzeczy przydarzają? Nie, myślę, że przez wiele lat była taka tradycja myślenia. Świat się zmienia, my się zmieniamy i zaczynamy widzieć, że to niekoniecznie tak musi być, że nie ma chyba czegoś takiego, ja tak przynajmniej uważam, jak talent. Uważam, że tego nie ma.

A co jest?

Myślę, że jest praca, intuicja, a przede wszystkim relacje. I tak, jak przestajemy wierzyć w miłość romantyczną i zaczynamy widzieć świat, w którym nie musi być rycerza na białym koniu, który przyjedzie i uratuje damę, tylko mogę być niezależną osobą, która nie czeka na żadnego rycerza i ma mnóstwo przyjaciół, tak samo nie muszę być natchniona jakimś nie wiadomo jakim talentem, tylko po prostu mogę tworzyć. I wydaje mi się, że to jest taka presja rzeczywistości, z którą walczę.

Twój ostatni spektakl w Wybrzeżu to były Resztki w 2021 roku. Jak myślisz o Ewelinie z tamtego czasu i o Ewelinie dziś, to wracasz jako inna artystka, z innym patrzeniem na sztukę, innym patrzeniem na swoją rolę w sztuce? Co się zmieniło?

Myślę, że zmieniło się bardzo dużo. Po pierwsze Resztki są dla mnie bardzo sentymentalne, bo to było moje ostatnie spotkanie z Krzysiem Matuszewskim, który był w każdej mojej obsadzie tutaj. Więc jak myślę o tym spektaklu, to widzę tylko jego.

I to było też pierwsze spotkanie z Dorotą Kolak, bardzo takie poruszające i nie ukrywam, że się bałam, bo jednak jest to gwiazda i nie wiedziałam jak to będzie, czy sobie poradzę. Nie byłam jeszcze tak doświadczona w pracach operowych i byłam w innym momencie mojego życia osobistego. Dzisiaj przyjechałam tutaj z moją dwuletnią córką i właśnie wróciłam z dwóch oper.

Przygotowałam Orlanda Olgi Neuwirth w Komische Oper w Berlinie i Dialogi Karmelitanek w Staatsoper w Stuttgarcie. Przez ostatni rok przede wszystkim nad tym pracowałam, bo jeszcze przygotowywałam Szekspira na początek sezonu, ale te dwie opery to był bardzo intensywny proces. I bardzo umocował mnie w tym świecie operowym i to na pewno była dla mnie duża inspiracja do tego, że chciałabym jakoś o tym opowiedzieć. O moich spotkaniach z muzykami tam i o tym, jak w muzyce szukamy siebie, bo jest to taka forma sztuki, która po prostu w jakiś sposób nas uwodzi, a jednak wymaga bezwzględnej dyscypliny. Jak żadna inna. Trzeba być po prostu przygotowanym i nasze ciało ma być gotowe i bardzo precyzyjnie przygotowane, czy do pracy z instrumentem, czy z naszym głosem.

Twoje ostatnie realizacje były w Niemczech. Zawsze lubię pytać osoby, które pracują w innych kulturach, jakie widzą różnice między pracą w polskich teatrach i zagranicznych.  

Na pewno są plusy i minusy, zarówno tu, jak i tam. Na pewno w Polsce jest więcej elastyczności i to pomaga, kiedy można mieć więcej czasu na proces, na decyzje.

W niemieckim teatrze jest więcej dyscypliny organizacyjnej, bardzo szybko musimy wiedzieć, jak wygląda scenografia, kostiumy i jakie mamy techniczne zobowiązania czy plany wobec projektu. I ta organizacja jest rzeczywiście lepsza, trochę pomaga pracownikom teatru, bo mogą sobie z wyprzedzeniem zaplanować swoje działania.

W niemieckim teatrze mamy dramaturga na etacie, który zawsze jest bardzo blisko projektu i go nadzoruje i pisze, zazwyczaj całą książkę, taki gruby program, nad którym dużo pracuje i grzebie w różnych kontekstach, co czasem bywa inspirujące.

Różnicą jest też język. Przyjemnie jest jednak pracować w swoim języku, jakoś swobodniej, choć już się przyzwyczaiłam do tego, że to się dzieje tam po niemiecku, ja gadam po angielsku i jakoś to wiruje.

Moim największym marzeniem jest połączenie tych światów, bo uważam, że aktorzy tu i tam są zawsze super przygotowani i tak samo odważni, i dowcipni w tych rzeczach, które proponuję. Więc tutaj nie widzę wielkiej różnicy. Bardziej w produkcyjnej otoczce.

Czym cię zaskoczył ten spektakl na tym etapie prób?

Mam konkretny plan na to przedstawienie, ale chyba zaskoczyło mnie to, jak jednak ono będzie powstawało w szerszych blokach, że będzie przedstawieniem wielowarstwowym. W takim sensie, że nie idziemy od sceny do sceny, tylko że te sceny się stwarzają, komentują i chyba ta część wydaje się bardzo interesująca. Jest bardzo trudna, ale też interesująca i jest dla mnie wielką przyjemnością obserwowanie, jak aktorzy wspólnie ze mną poszukują języka, za pomocą którego chcemy wciągnąć widza w ten świat, ale cały czas w przytomności, że stwarzamy tę opowieść razem, tutaj, dla nich. No i myślę, że największą atrakcją będzie muzyka.

Nasz kompozytor już wysyła pierwsze materiały, będziemy mieć chór. Kasia Dałek w roli Veronique będzie śpiewać operowo. Myślę, że sfera muzyczna będzie tu ważnym aspektem i jak to zacznie działać w trakcie scen, to będzie dla mnie największa przyjemność.

 

Dziękuję za rozmowę.

 

Ewelina Marciniak - etatowa reżyserka Teatru Wybrzeże. Ukończyła europeistykę i dramatologię na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz reżyserię dramatu w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Krakowie.

W Teatrze Wybrzeże w latach 2010-2016 wyreżyserowała: głośne Amatorki Elfriede Jelinek (spektakl zdobył Główną Nagrodę na 48. edycji Przeglądu Teatrów Małych Form „Kontrapunkt” oraz Honorową Nagrodę Specjalną Miasta Gdańska za Przedstawienie Roku, Amatorki doceniła także publiczność zagraniczna, z powodzeniem prezentowane były m.in. w Strasburgu), Ciąg Michała Buszewicza, Portret damy Henry'ego Jamesa (nominowany do prestiżowej nagrody im. Konrada Swinarskiego, otrzymał Nagrodę Publiczności oraz Nagrodę Dziennikarzy na 17. Ogólnopolskim Festiwalu Sztuki Reżyserskiej „Interpretacje”) oraz Mapę i terytorium Michela Houellebecqa.

W 2021 roku w Teatrze Wybrzeże odbyła się premiera Resztek. Adaptacja Jarosława Murawskiego oparta była na wątkach zaczerpniętych ze Stramera Mikołaja Łozińskiego – sugestywnej, wielogłosowej kroniki losów żydowskiej rodziny z przedwojennego Tarnowa – oraz dwóch epizodów z Wyjechali W. G. Sebalda.

Od 2018 roku z powodzeniem współpracuje z zagranicznymi teatrami (w Theather Freiburg wyreżyserowała Sen nocy letniej Szekspira i Noc św. Bartłomieja na podstawie Królowej Margot Aleksandra Dumas, a w Thalia Theather w Hamburgu spektakl Der Boxer według Króla Szczepana Twardocha, w Komische Oper w Berlinie operę Orlando, w Staatsoper w Stuttgarcie Dialogi Karmelitanek). W 2020 roku została laureatką prestiżowej, niemieckiej nagrody Der Faust za reżyserię spektaklu Der Boxer.

 


Opublikowano: 9.10.2026

Zobacz więcej

Aktualności
16.09.2026

Pytanie większe od nas samych. Rozmowa z reżyserką Viktorią Dulak

25 września, podczas 13. Festiwalu Wybrzeże Sztuki, zapraszamy na prapremierę sztuki Syn, matka i ojciec siedzą przy stole i długo milczą Ivora Martinića. Z reżyserką, Viktorią Dulak, rozmawia Monika…

Aktualności
14.09.2026

Podwójne życie Weroniki Kieślowskiego na dużym ekranie!

7 października o godz. 19.00 w Kinie Spektrum odbędzie się specjalny pokaz filmu „Podwójne życie Weroniki” w reżyserii Krzysztofa Kieślowskiego. Wydarzenie organizowane wspólnie przez Kino Spektrum i…

Wydarzenia
14.09.2026

Pokaz filmu Podwójne życie Weroniki w kinie SPEKTRUM